Edukacja

  • Od Ikara do Steve'a Jobsa

    Ilość ofert edukacyjnych, zarówno dla młodzieży jak i dorosłych przytłacza, a tempo zmian technologicznych wyprzedza każdy nasz wybór - jak zatem kierować w takich okolicznościach swoją edukacją, aby nasze wykształcenie się nie dezaktualizowało, aby zapewnić sobie zawsze przydatne kompetencje osobiste i zawodowe?

    Więcej…

Kultura

  • Apokalipsa dziś

    Ostatnimi czasy apokalipsa, m.in. za sprawą filmu 2012, a także wielu innych, powraca w społecznych dyskusjach temat apokalipsy. Jedni traktują wizje apokaliptyczne poważnie, inny z przymrużeniem oka. Raz skłonni jesteśmy traktować apokalipsę jako formę literacką, właściwą chrześcijaństwu, to znowu jak intuicję dotyczącą naszej nieuniknionej przeszłości, na trop której wpadły wszystkie religie. Patrząc niejako z innej perspektywy na apokaliptyczne wizje losów ludzkości donosi się wrażenie, że współczesne są one bardziej związane z dziedziną show biznesu i marketingu, niż dziedziny religii. Jak zatem ma się sprawa z apokalipsą, skąd pochodzi ten termin i w jakim znaczeniu należy go rozumieć?

    Więcej…

Gospodarka

  • ACTA szansą młodych?

    PROTEST W SPRAWIE ACTA TO WALKA MŁODYCH O WOLNOŚĆ W INTERNECIE - Z przeprowadzonego przez MB SMG/KRC i Centrum Cyfrowe Projeku: Polska badania wynika, że stosunek do protestu ma charakter pokoleniowy. Protest jest szczególnie istotny dla ludzi młodych. Czy młodzi ludzie odnaleźli wreszcie to "coś", przeciwko czemu będą mogli się buntować? To "coś", czego szukał i znaleźć nie mógł Artur Mrożkowego Tanga? 

    Więcej…

Apokalipsa dziś

Ostatnimi czasy apokalipsa, m.in. za sprawą filmu 2012, a także wielu innych, powraca w społecznych dyskusjach temat apokalipsy. Jedni traktują wizje apokaliptyczne poważnie, inny z przymrużeniem oka. Raz skłonni jesteśmy traktować apokalipsę jako formę literacką, właściwą chrześcijaństwu, to znowu jak intuicję dotyczącą naszej nieuniknionej przeszłości, na trop której wpadły wszystkie religie. Patrząc niejako z innej perspektywy na apokaliptyczne wizje losów ludzkości donosi się wrażenie, że współczesne są one bardziej związane z dziedziną show biznesu i marketingu, niż dziedziny religii. Jak zatem ma się sprawa z apokalipsą, skąd pochodzi ten termin i w jakim znaczeniu należy go rozumieć?

 

Bartosz Szurik*: Greckie słowo „apokalipsis” oznacza tyleż co „odkrycie” czy „odsłonięcie”, konotacja eschatologiczna nie jest więc wpisana w sam ten termin. To, że w mowie potocznej używamy „apokalipsy” jako synonimu „końca świata”, lub w mniejszej skali: jakiegoś kataklizmu, wiąże się z tym, że to co „odkrywane” przez Boga (anioła) w tych szczególnych wizjach nierzadko dotyczy właśnie ostatecznej przyszłości świata. Chrześcijańskie i judaistyczne apokalipsy są zasadniczo inne od choćby starotestamentowych proroctw: często wiążą się z ekstatycznymi stanami, snami, są pełne symboli i – co ważne – ukazują rzeczywistość, na którą ludzie nie mają wpływu, zapisaną w niebiańskiej księdze, nieodwołalną. Najbardziej znaną w naszej kulturze jest oczywiście Apokalipsa św. Jana, od której pierwszego wersu nazwano cały gatunek jej podobnej literatury religijnej.

Już z tych paru zdań wynika, że współcześnie pod terminem „apokalipsa” kryje się wiele znaczeń: jest więc apokalipsa-szczególne objawienie; jest apokalipsa-gatunek literatury biblijnej; jest apokalipsa-koniec ludzkości, Ziemi, lub wszechświata; jest apokalipsa-kataklizm…

 

JMS: Podchodząc do zagadnienia apokalipsy z perspektywy historycznej, chciałbym zapytać o to, kiedy powstały pierwsze apokalipsy i czy one są właściwie tylko religii chrześcijańskiej?

 

BS: Tutaj właśnie powinniśmy sprecyzować, o jak rozumiane „apokalipsy” Pan pyta? Jeśli odchodzimy od chrześcijańsko-judaistycznego znaczenia tego terminu i mówimy o kataklizmach, które co pewien czas niszczą świat, to wydaje się, że jest to pogląd archaiczny i powszechny. Takie przeczucia dotyczące makrokosmosu rozwinęły się wszędzie tam, gdzie ludzie doświadczali systematycznych śmierci i narodzin natury w rocznym cyklu pór roku. Po prostu: tak jak przyroda ginie zimą i odradza się z nastaniem wiosny, tak po kosmicznym kataklizmie, miał odrodzić się też nowy świat. Wyprowadzane z wierzeń mezoamerykańskich przepowiednie kataklizmów, do których nawiązuje wspomniany przez Pana film „2012”, są właśnie przepowiedniami końca takiego cyklu, nie definitywnego końca świata czy czasu. O czymś takimi nie może być mowy, bo pogląd o linearności czasu – istniejący w opozycji do poglądu o jego cykliczności – to specyfika naszej kultury. A tylko takie postrzeganie czasu: jako biegnącego z jakiegoś punktu w przeszłości, do punktu w przyszłości, pozwala wyobrazić sobie jego ostateczny koniec, jakieś finalne rozwiązanie.

Jednorazowe wydarzenie o znamionach eschatologicznych (ostatecznych) występuje oczywiście w religii chrześcijańskiej i ma związek z paruzją, czyli ponownym przyjściem Jezusa Chrystusa. Apokalipsa św. Jana, która poświęcona jest opisom finalnej walki Dobra i Zła, nie jest jednak jedyną apokalipsą Biblii. Utwory tego typu pojawiały się już wcześniej, w kulturze judaistycznej; pierwsze z nich prawdopodobnie pod koniec III, a z całą pewnością w II w. p.n.e., gdy Izrael odczuwał skutki prześladowań monarchy z dynastii Seleucydów – Antiocha. Apokaliptyczne fragmenty starotestamentowej Księga Daniela napisane zapewne w latach 169-165 p.n.e., są właśnie reakcją na zaistniałą sytuację polityczną. Żydzi potrzebowali tekstów, które mogły ich zapewnić o przyszłej odmianie losu, wzmocnić ich ducha.

Ale w poszukiwaniu najwcześniejszej koncepcji zapowiadającej koniec liniowo biegnącego czasu, można zajrzeć w jeszcze odleglejszą przeszłość. Badacze, tacy jak profesor Norman Cohn, judaistyczną koncepcję linearnego czasu, przejętą następnie przez chrześcijaństwo, wywodzą ze starożytnego irańskiego kultu boga Ahura Mazdy, czyli zaratusztrianizmu. Religia ta zakłada, że istniejące w świecie Zło zostanie w końcu pokonane, że u kresu czasu pojawi się zbawca, nastąpi zniszczenie świata płynnym metalem, zmartwychwstanie, osądzenie ludzi i podzielenie ich na dobrych i złych. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że to w religii głoszonej przez proroka Zaratustrę znajdują się najstarsze znamiona myślenia apokaliptycznego. Oczekiwania jakiegoś oddalonego w przyszłości momentu, który ostatecznie zakończy trwanie naszego świata.

 

JMS: Zastanawiam się, czy każda religia lub szerzej, czy każda kultura ma swoją apokalipsę? Czy wizje apokalipsy można odnaleźć na każdym kontynencie?

           

BS: Jeśli za apokalipsy uważamy powtarzające się cyklicznie kataklizmy „nakręcające” na nowo świat, to rzeczywiście, wszystko wskazuje, że jest to uniwersalny pogląd. Nie chcąc wertować poszczególnych opracowań wystarczy sięgnąć do „Bohatera o tysiącu twarzy” Campbella, żeby zorientować się, że jest to jeden z tematów pojawiających się w wielu mitologiach, co najwyżej przybrany w specyficzny dla regionu kostium. Na przykład w przeróżnych odmianach hinduizmu, w odpowiednim czasie Śiwa niszczy świat ogniem. Dla dżinistów świat jest nieskończonym cyklem dwóch faz: gdy kończą się epoki „schodzenia” czy degradacji, a burze i spustoszenia niszczą Ziemię zaczynają się epoki „wstępujące”, powolnego dojścia do kolejnego obrotu koła. Według Azteków poszczególne eony istnienia świata kończą się zniszczeniem spowodowanym przez kolejny z czterech żywiołów: wodę, ziemię, powietrze i ogień. Tzw. Kodeks Drezdeński, zabytek kultury Majów, na swej ostatniej stronie przedstawia przerażających bogów zwiastujących powszechną zagładę oraz potoki lejącej się wody z rozciągającego się na niebie węża deszczu, Słońca i Księżyca. Fascynującą wizją jest przepowiednia ludów północnych Germanów, czyli Ragnarök („Los bogów”). W mitologii tej odmalowana jest przyszłość, w której dochodzi do epickiej wojny między siłami bogów i olbrzymów. Świat nękają powodzie, inne kataklizmy oraz mityczne bestie, w końcu cała Ziemia spala się w ogniu rzuconym przez olbrzyma Surtra.

Nawet poza religią, w greckiej filozofii, pojawia się cykliczny kataklizm, niszczący i odradzający makrokosmos. W filozofii stoickiej świat odtwarza się w najdrobniejszych wręcz szczegółach w nieskończonym ciągu wiecznego powrotu. Poszczególne okresy kształtowania się i różnicowania materii dzieli zaś kosmiczne zognienie, w którym różnice materii nikną.

 

JMS: Czy w dostępnych historykom źródłach daje się wyróżnić rodzaj ‘kanonu’ apokaliptycznego, zestawu głównych apokalips, które mogły lub nadal mogą stanowić inspiracje dla pozostałych wizji apokalips pojawiających się w kulturze?

 

BS: O analogiach między judaistyczno-chrześcijańską eschatologią a zaratusztrianizmem już wspominałem. Oczywiście, kwestią indywidualnych poglądów jest to, czy podobieństwa te wynikają z historycznych wzajemnych relacji tych religii, czy ze wspólnego źródła objawienia… Poza tym, nie wiem, o jakie „zestawy apokalips” może Panu chodzić? Czy dzieli się je na te, w których świat niszczony jest ogniem, oraz te, w których tonie w powodzi? Pewnie i można zrobić takie zestawienie, albo zbadać, który scenariusz jest najpopularniejszy. Osobiście i tak wskazywałbym tylko dwa istotne rodzaje globalnych kataklizmów: tych, kończących jedynie cykl istnienia świata (religie antyczne, hinduizm) i jednorazowych, ostatecznych (religie abrahamowe, zaratusztrianizm).

 

JMS: Czy poszczególne wizje apokalipsy mają określony schemat, wokół którego są zbudowane, czy też różnią się między sobą na tyle, że trudno je ze sobą zestawiać?

 

BS: Raczej unikałbym zestawień, z racji na ogromną różnorodność dostępnych nam źródeł, relacjonujących poszczególne wierzenia. Ciężko porównać choćby Kodeks Drezdeński Majów, pełen astronomicznych wyliczeń z opisami czerpanymi z poetyckich biblijnych apokalips. Oczywiście, można znajdować motywy wspólne dla najróżniejszych wizji, takie jak powodzie, pożary, wojny sił Dobra i Zła. Niekiedy podobieństwa są znacznie. Ot choćby fragment Eddy Poetyckiej, która obok młodszej Eddy Prozą, jest naszym głównym źródłem wierzeń o Ragnarök, mówi: „Słońce ciemnieje, ziemia osuwa się w morze, / spadają z nieba jasne gwiazdy”. Przytoczone zdanie brzmi nad wyraz podobnie do słów Chrystusa: „Zaraz też po ucisku owych dni słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku; gwiazdy zaczną spadać z nieba i moce niebios zostaną wstrząśnięte” (Mt 24, 29). Ale czego to dowodzi (jeśli nie wpływu chrześcijaństwa na powstałe dość późno Eddy)? Tego chyba, że przepowiednie kataklizmu budzą grozę, a obrazy takie jak pożary, powodzie czy katastrofy kosmiczne są jednakowo przerażające pod każdą szerokością geograficzną. 

 

JMS: W dyskursie nad kondycją współczesnej kultury podkreśla się odejście modernistycznego świata od sacrum, jego zeświecczenie i scientyzację, czy zjawisko to zachodzi również w odniesieniu do wizji apokalipsy? Czy współczesna kultura zrezygnowała z apokalipsy, czy też przeciwnie, dokonała reinterpretacji apokaliptycznych mitów i podała je w nowej formie?

 

BS: Rzeczywiście, nowoczesność wytworzyła własne wersje kosmicznych kataklizmów, które radzą sobie bez boskiej interwencji, czy wojny między Dobrem i Złem. W zależności od przyjmowanego modelu wszechświata astrofizycy przewidują jego koniec to w Śmierci Cieplnej, to w Wielkim Krachu (to chyba dwa najpopularniejsze scenariusze). Pierwszy zakłada rozszerzanie się wszechświata do momentu wyczerpania energii potrzebnej do podtrzymywania życia i wzrostu entropii do maksimum. Drugi: zatrzymanie rozszerzania i kolaps, doprowadzający do osobliwości, stanu, który panował w chwili Wielkiego Wybuchu. Jako, że w tym stanie nie obowiązują znane prawa fizyki, nie sposób przewidzieć co się stanie wówczas. Może nowy wszechświat? Mielibyśmy wówczas odpowiednik mitycznych wizji: ostatecznego, jednorazowego końca (Śmierć Cieplna), lub nieskończonego cyklu odnawiającego się wszechświata (Wielki Krach)… Chciałoby się powiedzieć: pożyjemy-zobaczymy, ale wydarzeń tych ludzkość raczej nie doczeka. Zwłaszcza, że „choć w kosmosie nikt nie słyszy naszego kszyku” to powodów do kszyku przerażenia jest sporo. „Śmierć” naszego Słońca, czarne dziury, promieniowania, zderzenia z ciałami niebieskim (a nawet zderzenia galaktyk) – to wszystko kataklizmy, które mogą zniszczyć nasz gatunek wraz z całą planetą, lub nawet układem słonecznym… Nie wydaje się jednak by miało do nich dojść w najbliższej przyszłości.

Osobną kategorią współczesnych apokaliptycznych przewidywań, są zagrożenia, które tworzymy sami.  Takie scenariusze to również specyfika naszych czasów. Po prostu, wcześniej nie było technologii, która mogłaby okazać się zabójcza dla całego świata, takie rozwiązanie nie śniło się więc nawet filozofom. Dziś, gdy prawdopodobne są konflikty atomowe, wypadki na skale globalną, czy katastrofy klimatyczne spowodowane zanieczyszczeniem środowiska, coraz częściej pojawia się pogląd, że skutecznie sami siebie unicestwimy. Póki co, na szczęście, takie wydarzenia to wciąż science fiction.

Te naukowe prognozy i techniczne spekulacje nie oznaczają zupełnego wyparcia myślenia religijnego. Dla milionów ludzi, po dwóch tysiącach lat oczekiwań, ponowne przyjście Chrystusa jest równie bliskie, jak bliskie było dla pierwszych chrześcijan. Fakt, że w Stanach Zjednoczonych seria książek autorstwa Tima LaHaye’a i Jerry’ego B. Jenkinsa, która odtwarza we współczesnym świecie wydarzenia z biblijnych pism eschatologicznych, rozchodzi się w 200 milionowym nakładzie powinien dawać do myślenia. Apokaliptyczne przeczucia są znamienne dla dość specyficznego amerykańskiego chrześcijaństwa, a dla takich jego odłamów jak Świadkowie Jehowy, rychła paruzja stanowi wręcz osnowę doktryny religijnej. Do klasycznych religii podtrzymujących pogląd o zbliżającym się końcu świata dodać można też wszelkie współczesne sekty, których eschatologia przypomina nieco wymieszanie mitologii z fantastyką naukową. Za przykład może tu posłużyć niesławny kultu UFO „Wrota Niebios”. Blisko czterdzieścioro jego wyznawców odebrało sobie życie w 1997 roku, uznawszy, że pozbawieni ciał łatwiej unikną ziemskiego kataklizmu i przeniosą się w kosmos.

Na pewno więc religijne wizje końca świata nie znikły w naszych czasach, choć pojawiła się im – że się tak wyrażę – spora konkurencja w postaci prognoz naukowych i science fiction.

 

JMS: Z Pana wypowiedzi wynika, że naukowe prognozy końca świata, która znajdują racjonalne uzasadnienie w obliczenia i spekulacjach teoretycznych są w pewnym sensie kalkami antycznych czy średniowiecznych apokalips. Czy oznacza to, iż dawni myśliciele antycypowali naukę, czy odwrotnie, że współcześni naukowcy ulegają, świadomie bądź nie, starożytnym inspiracją? Ponadto, jeśli współczesna kultura odchodzi od boskiej inspiracji, od boskiego objawienia, jako źródła wizji apokalipsy i wiedzy o niej, to gdzie znajduje tę inspirację, gdzie tkwi ich źródło?

 

BS: Usunięcie Boga, czy jakiejś innej Pierwotnej Przyczyny z modelu wszechświata, nie spowodowało automatycznie wytworzenia zsekularyzowanych wizji końca czasu czy kosmosu. Przez lata  utrzymywanym przez fizykę klasyczną wyjaśnieniem wszechświata próbowano bowiem uczynić… sam wszechświat. Znaczy to tyle, że wszelkie spory dotyczące początku czy końca makrokosmosu rozwiązywano w ten sam sposób: zakładano po prostu jego wieczność i nieskończoność; Nie potrzebowano więc rozważań o jego genezie czy ostatecznym losie. Taki stateczny model sprawiał jednak pewne kłopoty teoretyczne – był na tyle niestabilny, że trzeba było wprowadzać do niego dodatkową siłę, która powstrzymywałaby ciała fizyczne, przed zapadnięciem się w jedno miejsce (co powinno się zdarzyć zgodnie z prawem grawitacji Newtona). Rozwiązanie takie stosował jeszcze Einstein, panteista, dla którego przekonań wizja świata statycznego, niestworzonego i nieskończonego była naturalna. Obraz ten rozpadł się jednak na dobre, gdy zaobserwowano, że galaktyki się od siebie oddalają, a właściwie w latach 20-tych, 30-tych XX w., gdy fizycy powszechnie uznali ten fakt. Model dynamiczny zaczął implikować różne pytania: jak wyglądał moment, w którym cała materia znajdowała się w jednym punkcie (Wielki Wybuch)?; lub – co ważniejsze dla naszych rozważań – czy wszechświat będzie się rozszerzać w nieskończoność?

Nie muszę więc mówić, że taki rodzaj rozumowania, opierający się na skomplikowanych wyliczeniach i wspartych nowoczesną technologią obserwacjach nie mógł wystąpić u żadnych „dawnych myślicieli”… chyba, że u jakiś Atlantydów, albo przedstawicieli innej genialnej zaginionej cywilizacji z kart powieści przygodowych… Wyraźnie też chyba widać, że fizycy tacy jak Einstein nie tylko „nie inspirowali się” mitologią, wręcz starali się unikać mitologicznych skojarzeń. Twórca Ogólnej Teorii Względności przyznał kiedyś, że nie przepada za koncepcją rozszerzającego się kosmosu, gdyż zbytnio przypomina mu ona idę boskiej kreacji! Preferencje to jednak jedno, wyliczenia i obserwacje to drugie. Einstein uznał model dynamicznego wszechświata i przyznał, że stała kosmologiczna – czyli siła, którą wprowadzał do swoich równań by „obronić” ideę statycznego wszechświata, to największy błąd jego życia.

 

JMS: Pytając Pana o źródła apokaliptycznych inspiracji zastanawiałem się też nad kondycją psychiczną człowiek. Czy nie jest też tak, że apokalipsa jest niejako wpisana naszą psychiczną anatomię? Można by się jej doszukiwać na przykład we freudowskim Thanatosie, czy też w koncepcji dezintegracji pozytywne Kazimierza Dąbrowskiego? I czy nie oznaczałoby to, że ludzkość nigdy nie uwolni się od wizji Apokalipsy?

 

BS: Od czasu przywołanego Freuda, pogląd o związku mitów i legend ze snami i podświadomością człowieka jest dość powszechny, więc doszukiwanie się podłoża mitycznych katastrof w psychologii ludzkiej nie jest zapewne nieuzasadnione. W duchu psychoanalizy interpretuje się mity o kosmicznym kole (cyklu tworzenia i niszczenia wszechświata) jako opowieść o zejściu w nieświadomość i powrocie z niej. Niech więc tak będzie, że to trzecia hipoteza genezy apokalips, po pierwszej – boskim objawieniu i drugiej – obserwacji przyrody. Hipotezy te zresztą niekoniecznie się wykluczają, może przecież być tak, że to Bóg „nastroił” naszą psychikę na katastrofizm? Albo, że po prostu odpowiada ona obserwacjom środowiska?

Tak czy siak, ludzki popęd śmierci, czyli Thanatos, o którego Pan pyta wydaje się być niebezpieczny w skali całego gatunku dopiero teraz: w XX i XXI wieku, gdy doczekaliśmy się sytuacji, w której autodestruktywność zyskała globalny wymiar, a tkwiący w nas Thanatos tak ogromną, rzeczywistą moc. Istnieją dziesiątki amerykańskich filmów epoki atomowej: od arcydzieł pokroju „Dr Strangelove” Kubricka, po anty-dzieła pokroju „Planu 9 z kosmosu” Wooda Jr., a wszystkie one na swój sposób ostrzegają przed wyścigiem zbrojeń. Już sam kontakt z tą kinematografią pokazuje jak ogromne było przerażenie rozwojem broni niekonwencjonalnej, jak bliscy byliśmy od atomowej zagłady. Właściwie, aż dziw bierze, że wciąż istniejemy, skoro, apokalipsa jest w nas. Skoro popęd śmierci jest częścią naszej osobowości, a technika zdolna zniszczyć planetę jest częścią naszego świata.

 

JMS: Czy istnieje związek między wizją apokalipsy, a epoką w której ona powstaje? Czy nie jest trochę tak, że apokalipsy są lustrem lęków swojej epoki, że apokalipsa mówi nam więcej o teraźniejszości, nić o przyszłość?

 

BS: Właśnie taka jest moja intuicja w tej sprawie: dominujące w powszechnej świadomości, czy kulturze popularnej scenariusze apokalips z pewnością odzwierciedlają najbardziej aktualne lęki społeczne. Wspominałem przed chwilą o filmach lat 50 i 60 XX wieku, których twórcy dopatrywali się najbardziej prawdopodobnego końca ludzkości w globalnym konflikcie atomowym. Nie zawsze mówili o nim wprost jak Arch Obler w filmie „Pięcioro” czy Stanley Kramer w „Ostatnim brzegu”; często posługiwali się jakimś przebraniem, jak różnej maści popromiennymi potworami pokroju gigantycznych mrówek z filmu „One!”. Do takich opowieści o „antyatomowym przesłaniu” można z pewnością zaliczyć między innymi „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” z 1951 roku. W opowieści tej posłaniec czegoś na kształt interplanetarnego ONZ, Klaatu, przybywa z kosmosu na Ziemię by ostrzec ludzkość przed rozwojem broni atomowej. Tymczasem, w młodszym o ponad pół wieku remaku tego filmu, Klaatu przybywa ostrzec nas przed czymś zgoła innym, mianowicie przed zgubnym wpływem zanieczyszczenia środowiska naturalnego na ekosystem naszej planety. Chyba dobrze mówi to o współczesnych lękach: dziś bardziej boimy się tego, że zniszczenie Ziemi będzie efektem naszych nieświadomych działań związanych z rozwojem przemysłu i techniki, niż tego, że ciśniemy w siebie nawzajem zgromadzonym arsenałem atomowym w ataku autodestruktywnego szału.

 

JMS: Chciałbym zakończyć naszą rozmowę jakimś bardziej optymistycznym akcentem. Jeszcze ze swoich czasów szkolnych pamiętam szkolne dyskusje o końcu świata, który ostatecznie nie nadszedł, zwłaszcza lęki związane z rokiem 2000. Czy istniej w naszej historii wiele apokalips, które nie nadeszły? I jak należy rozumieć apokaliptyczne proroctwa, które się nie spełniły – czy to aby nie jest dobry znak dla nas wszystkich?

 

BS: Można powiedzieć, że istnieją wyłącznie apokalipsy, które nie nadeszły, wszak gdy nadejdzie ta właściwa, nie będzie już komu o niej rozprawiać… To doświadczenie niespełnienia się wszelkich dotychczasowych przepowiedni, których było doprawdy nieopisanie wiele, pozwala zachować spokój, względem podawanych co i rusz, jakoby pewnych tym razem, dat końca świata, takich jak rok 2012. Tylko, że nie dla wszystkich jest to przecież dobry znak. Cywilizacja chrześcijańska to ciągłe ufne wypatrywanie Dnia Sądu i nieustająco powtarzana prośba: „przyjdź królestwo Twoje”… Paruzja, która według ewangelistów miała wydarzyć się jeszcze za życia niektórych uczniów Chrystusa (Mrk 9,1), (Mt 16,28), (Łk 9,27), wciąż wydaje się jednak odsuwać w czasie… Ciekawe, że chociaż Dzień Pański ma nadejść „jak złodziej w nocy” (1 Tes 5,2) - nie sposób więc przewidzieć kiedy się to stanie - przez dwa tysiąclecia wierni próbowali wykraść boski sekret i wskazywali kolejne daty powrotu Jezusa. Często ich wyliczenia miały związek z przemijaniem mileniów (liczonych wszak od różnych momentów w przeszłości, nie chodziło więc tylko o przełom 999 i 1000 roku). Przekonanie o związku końca tysiąclecia z końcem świata zwane „millenaryzmem”, lub „chiliazmem”, było podtrzymywane przez wybitnych myślicieli chrześcijańskich takich jak choćby Cerynt, Justyn Męczennik, Ireneusza z Lonu czy Tertuliana. Zostało ono odrzucone przez Kościół katolicki w IV i V stuleciu, ale wśród różnych odłamów religii chrześcijańskiej podzielali lub podzielają je do dziś między innymi: Waldensi, Husyci, Anabaptyści, Świadkowie Jehowy, czy Mormoni. Dalekim echem tych lęków była też „pluskwa milenijna”, Millenium Bug, lub Y2K - błąd, ukryty w oprogramowaniu komputerowym, który miał ujawnić się w chwili zmiany daty z 31.XII.1999 na 1.I.2000 i spowodować globalną katastrofę. Chociaż okazało się, że był to problem wyolbrzymiony, to połączenie tradycyjnego strachu przed przemijaniem tysiącleci z technicznym mankamentem dało niezwykle sugestywny efekt.

Bez względu na to czy czeka się na nadciągający Dzień Sądu, obawia się rychłej katastrofy, która może zniszczyć cały nasz gatunek, czy żyje z przeświadczeniem odległego końca istnienia wszechświata, nieustająco aktualna pozostaje nauka Martina Lutra. „Gdybym wiedział, że jutro nadejdzie koniec świata – stwierdził niemiecki reformator – jeszcze dziś zasadziłbym drzewo jabłoni”. Świadomość przemijalność nas samych oraz nie-wieczności świata, nie przemienia od razu człowieka w nihilistę, nie skłania do porzucenia moralności, czy popadania w depresję, jak zdarza się to kilkuletniemu alter ego Woodyego Allena z filmu „Annie Hall”, załamanemu wizją dynamicznego kosmosu. Innymi słowy: z apokalipsą da się przyzwoicie żyć – i to jest mój optymistyczny akcent na koniec tej rozmowy.

 

*Bartosz Szurik, kulturoznawca, wykładowca w Warszawskiej Wyższej Szkole Humanistycznej im. Bolesława Prusa.

 

Teatr

  • Nosferatu

     

    Mit wampira we współczesnym teatrze wg Grzegorza Jarzyny.

    Sięgając po ten psychologiczno-metafizyczny thriller, Grzegorz Jarzyna pokazuje, jak jednostkowe lęki i obsesje materializują się w życiu społecznym. Przede wszystkim jednak to spektakl o wpisanej w ludzką naturę potrzebie transgresji, próbie przekroczenia granic materialnych, społecznych czy symbolicznych, wyzwoleniu z cielesności i tożsamości, o tęsknocie za Innym.

Książka

  • Jezus. Dowody zbrodni.

    Jezus. Dowody zbrodni – to odważna i prowokująca książka której autor  - Bryan Bruce, stara się rozwikłać jedną z największych zagadek w dziejach ludzkości i odpowiedzieć na pytanie o to: Kto i dlaczego zabił Jezusa z Nazaretu, zwanego Jezusem Chrystusem? Wykorzystując narzędzia i metodologię współczesnej kryminalistyki  autor stara się krok po kroku prześledzić wydarzenia z początku I wieku naszej ery i nie stroni przy tym od stawiania śmiałych tez i przełamujących konwencję pytań.

     

Film

  • Sekret Eleonory

     

    Sekret Eleonory to animowana podróż do świata, w którym czytanie jest umiejętnością na wagę złota. Okazuje się bowiem, że tylko dzięki niej ożywają postaci znane każdemu młodemu czytelnikowi.

    Doskonała animacja oraz niezykła tematyka sprawiają, że film przeznaczony jest nie tylko dla dzieci. Poruszany w nim problem czytania książek oraz klasycznego zwycięstwa dobra nad złem połączony z najznakomitszymi bajkowymi postaciami powodują, że „Sekret Eleonory” to wyjątkowa zabawa, a jednocześnie nauka dla najmłodszych.

Plakat

JUŻ WKRÓTCE!